Jeden dzień z pobytu na Mauritiusie zabrał nam tropikalny cyklon. Bardzo tego dnia padało i wiało, toteż spędzaliśmy czas na terenie hotelu. Gdy tylko się rozpogodziło, ruszyliśmy na dalsze zwiedzanie wyspy.

Niedaleko naszego hotelu znaleźliśmy rezerwat ornitologiczny Rivulet Terre Rouge Estuary Bird Sanctuary – Adam spędził tam poranek, dojeżdżając na miejsce taksówką. Nie było to jednak nic wyjątkowego, ptaków było mało, być może nie wróciły jeszcze po cyklonie, a teren był zaśmiecony i niezagospodarowany.

My w tym czasie korzystałyśmy z bliskości plaży:

Adam umówił się z kierowcą na popołudniowy trip na północ wyspy. Po lunchu samochód czekał już na nas pod hotelem, więc pokazaliśmy kierowcy trzy miejsca na północy, które chcielibyśmy zobaczyć (pokazaliśmy zdjęcia w telefonie z opisem, to istotne).

Pierwszą z nich powinna być świątynia w Triolet, ale kierowca minął tę miejscowość i pojechał dalej. Stwierdziliśmy, że pewnie zatrzyma się tam podczas powrotu do hotelu. Zatem dotarliśmy do drugiej świątyni – świątyni tamilskiej Arulmigu Draupadee Ammen na przylądku Cap Malheureux. Poświęcona jest bogini Draupadee. Jest ona niewielka, ale przepiękna. Bogato zdobiona, bardzo kolorowa, z niezwykłymi rzeźbami. Ilość detali na budynkach przyprawiała o zawrót głowy. Fantastyczne miejsce.

Znalazłam gdzieś informację, że przy każdej cukrowni stawiano tamilską świątynię – dla zatrudnionych w niej pracowników. W czasach boomu cukrowego na Mauritiusie działały dziesiątki cukrowni. Kiedy je pozamykano, po wielu zostały tylko świątynie.

Następnie przejechaliśmy do Cap Malheureux – to najbardziej wysunięty na północ fragment wyspy. Swoją nazwę „Przylądek Nieszczęścia” zawdzięcza wielu morskim katastrofom, które miały miejsce u jego brzegów. To raj dla nurków, którzy mogą pod wodą eksplorować liczne wraki statków, jakie tu spoczęły na dnie…

Jednak przylądek najbardziej słynie z malutkiego kościółka z czerwonym dachem – Notre Dame Auxiliatrice. Położony nad samą wodą, jest bardzo fotogeniczny i przyciąga mnóstwo turystów. To popularne miejsce na śluby wśród miejscowych, ale i przyjezdnych.

Po spacerze na Przylądku Nieszczęścia spodziewaliśmy się powrotu do hotelu i przystanku przy świątyni w Triolet. Ale podczas drogi zorientowaliśmy się, że nie jedziemy w tym kierunku, tylko przeciwnym. Próby porozumienia się po angielsku z naszym kierowcą poskutkowały tylko tym, że potwierdził, iż jedziemy do świątyni. OK, zatem jedziemy.

Okazało się, że nasz kierowca przywiózł nas do świątyni Sagar Shiv Mandir Hindu, po drugiej stronie wyspy. Być może nie doczytał nazwy, być może wyglądały one podobnie na zdjęciach. Ale było to miejsce o wiele ciekawsze od tego, które my wybraliśmy! Świątynia położona jest na małej wyspie połączonej z lądem groblą. Podczas naszego pobytu woda miała wyższy poziom (zapewne po cyklonie), toteż samochód został na lądzie, a my pieszo przebrnęliśmy przez wodę.

Świątynia została zbudowana w 2007 roku przez rodzinę Ghunowa, którzy wyłożyli na to miliony rupii. Otoczona przez wodę i lasy namorzynowe robi spore wrażenie. Niestety podczas naszego pobytu była zamknięta i nie udało nam się zajrzeć do środka. Ale to bardzo malownicze miejsce, warto się tam wybrać, będąc w okolicy.

I tak z przygodami spędziliśmy kolejny dzień na Mauritiusie.

Przypominam o naszym profilu na Facebooku i Instagramie – jest tam jeszcze więcej nas i naszych podróży.

Poleć:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *