Nie wszystko w podróżowaniu uwielbiam. Nie da się ukryć, że są rzeczy, wydarzenia, ludzie, którzy doprowadzają mnie do szału. Nie są jednak w stanie, mimo wszystko, zniechęcić mnie do podróżowania, mój wielki głód poznawania jest na szczęście większy.

Pierwszą rzeczą, o której wspomnę to moja gigantyczna arachnofobia. „E tam, co to takiego – bać się pająków” – pomyślicie. A ja wam powiem, że to naprawdę duży problem. Odpada spanie pod namiotem w cieplejszych krajach, gdzie te gady osiągają rozmiary większe od muchy. Odpadają wędrówki po dzikich lasach i innych terenach zielonych, poza wydeptanymi ścieżkami – a i tak Adam zawsze idzie pierwszy. Odpadają wyprawy do krajów, gdzie pająki są wielkości ludzkiej głowy (albo pięści, albo czereśni) i spanie tam w byle jakich miejscach. Muszę mieć zapewnione przynajmniej średniej klasy hotele czy pensjonaty z klimą, żeby nie otwierać okien na noc, a i tak każde pomieszczenie jest przeze mnie bacznie sprawdzane.

Pamiętam pewną noc w meksykańskiej dżungli, w niewielkim ośrodku z malowniczymi domkami krytymi strzechą, w którym nam powiedziano, żebyśmy sprawdzali buty przed założeniem ich rano i pozamykali szczelnie torby, bo „czarne wdowy” lubią się w nich chować. I wtedy nie spałam całą, calusieńką noc. Siedziałam na łóżku, szczelnie owinięta pościelą, przy zapalonym świetle i wpatrywałam się w szparę pod drzwiami (wypchaną ręcznikiem, ale jednak), a mój mąż spał w najlepsze. Nigdy tego nie zapomnę. Tyle godzin trwać w całkowitym przerażeniu. Brrrrr.

Kolejną rzeczą, której nie cierpię to brud. Nie taki na ulicach, taki jest gdzieś tam obok mnie, postrzegam go jako coś, co w niektórych miejscach jest powszechne – ale nie znaczy to, że się z nim zgadzam i akceptuję. Chodzi o brudną pościel, czy ręczniki, brudne łazienki albo ich brak – w to wliczają się również łazienki wspólne, brak „normalnych” toalet, syf w kuchniach i restauracjach, niedomyte naczynia itd. Nie do przeskoczenia dla mnie. Obrzydza mnie to, powoduje, że się stresuję i psuje przyjemność podróży. Dlatego nie dla mnie zapuszczone kwatery, uliczne garkuchnie (z reguły), spanie i jedzenie byle gdzie i byle jak.

Z jedzeniem też jestem na bakier – no nie do końca ja, bo zjem większość jadalnych rzeczy (poza owadami, podrobami, czy innymi świństwami), ale mój wybredny mąż i jeszcze bardziej wybredna córka. I czasem znalezienie miejsca, w którym ONI coś zjedzą jest naprawdę czasochłonne i wkurzające. I przeważnie kończy się na pizzy i makaronach. A ja tak uwielbiam lokalne smaki, ich poznawanie, odkrywanie, zapamiętywanie…

No i na końcu – ludzie. Nie jestem typem „dusza towarzystwa” – nie zaprzyjaźniam się z każdą napotkaną osobą, nie lubię nachalności, zbytniej poufałości i z reguły – jeśli tylko mogę – unikam tłumów. A w trakcie podróży czasem inaczej się nie da i tylko integracja człowiekowi pozostaje – co powoduje często mój dyskomfort. Choć czasem wraca się z podróży z fajną przyjaźnią… Zawsze myślę o tym, żeby innym nie przeszkadzać swoją obecnością, więc gdy współtowarzysze hałasują po nocach, są upierdliwi, bałaganią, spóźniają się – trafia mnie jaśnisty i soczysty szlag. Moją zmorą są kraje, w których trzeba się targować i w których poufale dotyka się innych osób. Nie wspominam nawet o braku intymności w toaletach w niektórych miejscach na świecie – do dziś mi się to śni.

Całą resztę bezgranicznie kocham!

Wychodząc za próg domu muszę liczyć się z tym, że porzucam stworzoną przez siebie strefę komfortu i oczywiście to robię – ale ma to jednak jakieś granice – głównie znajdujące się w mojej głowie. Myślę, że z powyższego uskładałoby się parę ładnych sesji terapeutycznych ;)

nie lubię podróżowania

Street food w Pekinie

Poleć:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Avatar Ola pisze:

Chyba każdy ma coś, czego nienawidzi w podróżach. Mnie dobija właśnie brud… Wchodzę do restauracji, wychuchanej, całej w złocie i plastikowych kryształkach. Mam wrażenie, że wszystko jest zrobione na tip top, a potem wchodzę do łazienki… I totalny szok. Brak papieru, brak deski (haha), kran tak brudny, że nie jestem pewna, czy rzeczywiście powinnam odkręcić wodę i myć ręce… Drzwi się nie domykają, zamek urwany, klamka wypada itd. itd. itd. Już sobie zaczynam wyobrażać, co się dzieje za drzwiami kuchni…

Podpisuję się pod ostatnim obiema rękami. Nie przepadam za kontaktami z obcymi ludźmi, tylko mnie frustruję to, że nie potrafię zagadać do kogoś, może dowiedzieć się czegoś więcej o miejscu. Podziwiam ludzi, którzy z wyjazdów przywożą opowieści mieszkańców

admin admin pisze:

Mam tak samo :)