Z Las Vegas, gdzie mieszkaliśmy, do Doliny Śmierci było około dwóch godzina jazdy samochodem. Wiedząc, że panują tam potworne upały, wstaliśmy wcześnie rano i wyruszyliśmy w drogę, aby zdążyć przez żarem płynącym z nieba, który pojawia się w Dolinie już po 10:00. Poprzedniego dnia zaopatrzyliśmy się w zgrzewkę wody, zatankowaliśmy auto, zabraliśmy kapelusze i posmarowaliśmy się kremem z filtrem 50 UV i tak przygotowani zmierzaliśmy ku Dolinie. W połowie drogi zaczął padać deszcz. Na pustyni. Niezwykłe wrażenie. A do tego co chwilę pojawiały się tęcze.

Gdy dojechaliśmy do „bram” parku narodowego, nie padało, ale było pochmurno. A przelotny deszcz towarzyszył nam cały dzień. Jednak przy temperaturze przeszło 30 stopni, nie był dla nas żadną przeszkodą w zwiedzaniu i spacerach.

Dolina Śmierci jest wyjątkowa pod wieloma względami. Leży na pustyni Mojave, w Kalifornii. Jest to jeden z największych parków narodowych w USA o powierzchni ponad 13 tys. km2, w którym znajduje się najniżej położony punkt w Ameryce Północnej – 86 m p.p.m. Ponadto to najgorętsze miejsce na Ziemi – to tutaj zanotowano najwyższą temperaturę w historii – 56,7 st. C. Jest to także jeden z najbardziej suchych obszarów na świecie – średnia wilgotność powietrza wynosi tylko 1%, a opady nie przekraczają 50 mm rocznie (są lata, gdy nie pada tutaj wcale). Jak widać, mieliśmy wyjątkowe szczęście, trafiając tam na deszcz :)

Nazwa „Dolina Śmierci”, mocno działająca na wyobraźnię, wzięła się stąd, że w 1849 roku grupa osadników zmierzająca do złotonośnych terenów zgubiła się w tej dolinie i cudem uniknęła śmierci z gorąca. To oni nadali temu miejscu taką nazwę, która się przyjęła i funkcjonuje oraz sieje postrach do dzisiejszego dnia.

Takie księżycowe widoki towarzyszyły nam w drodze. Deszcz wydobył niezwykłe kolory ze skał:

Zabriskie Point to jeden z najbardziej znanych punktów widokowych w Dolinie Śmierci. Dojście do niego jest bardzo łatwe – parking znajduje się tuż przy drodze, a wejście na taras widokowy to kilka minut spaceru. Kolorowe formacje skalne zachwyciły nas niezwykłymi kształtami. Widok na przedziwne skały otaczające punkt widokowy jest naprawdę wyjątkowy i niezapomniany.

W parkach narodowych Stanów Zjednoczonych (we wszystkich tych, w których byliśmy) znajdują się tzw. visitor center. To miejsce, gdzie mieści się centrum informacji, jest wystawa o charakterystycznej przyrodzie danego miejsca, jest sklepik z pamiątkami, książkami, ubraniami i sprzętem turystycznym – przeważnie świetnie zaopatrzony, są łazienki, czasem jakiś lokal gastronomiczny. Nie inaczej było w Death Valley. Tutaj jeszcze należało uiścić opłatę za wjazd na teren parku – przeważnie opłaca się ją na bramkach wjazdowych, w tym parku jednak takowych bramek nie było (jedynie automat przy jednym z parkingów, jednak nie działał, gdy chcieliśmy z niego skorzystać). Koszt „biletu” to 30$ za pojazd oraz wszystkie osoby w nim podróżujące, ważny przez 7 dni od daty zakupu, na dowolną ilość wjazdów i wyjazdów z parku. Gdy ma się w planie odwiedzenie kilku parków narodowych opłaca się zakup rocznej karty America The Beautiful za 80$ – karta jest imienna i sprawdzana na bramkach z dokumentem tożsamości.

Visitor Center Doliny Śmierci znajduje się w miejscu zwanym Furnace Creek – to tutaj odnotowano najwyższą temperaturę powietrza na świecie – 56,7 ° C!

Kolejnym miejscem, w którym się zatrzymaliśmy był Golden Canyon (Złoty Kanion). Nawet w tak pochmurny dzień temperatura wśród skał była nieznośna, więc nie doszliśmy do końca kanionu. Jednak to co widzieliśmy, zachwyciło nas swoją surowością i dało wyobrażenie, jak wygląda to miejsce w pełnym słońcu – to musi być prawdziwe piekło.

W kanionie tym kręcone były sceny z Gwiezdnych Wojen – gdy jawowie porywają R2-D2, pamiętacie?

Dolina Śmierci w innych ujęciach:

Najpiękniejszą częścią Doliny, którą widzieliśmy, była trasa do Artist’s Palette. Jest to asfaltowa jednokierunkowa pętla o długości kilkunastu kilometrów, która mija kilka obłędnie pięknych miejsc i pozwala nam dotrzeć do cudu natury zwanego właśnie Paletą Artysty.

Na tej drodze przystawaliśmy kilkukrotnie, aby pozachwycać się widokami:

I kolejne miejsca uchwycone po drodze:

Aż w końcu dotarliśmy do miejsca, którego widok dosłownie zaparł nam dech z zachwytu – Artist’s Palette. Te niezwykłe kolory skał powstały dzięki utlenianiu się różnych metali – związki żelaza wytwarzają kolor czerwony, różowy i żółty, rozkład miki wytwarza kolor zielony, a mangan odpowiada za fiolet. U stóp wielobarwnych skał przebiega koryto okresowej rzeki – kolejna lokacja z Gwiezdnych Wojen.

I jeszcze trochę zieleni przy Artist’s Palette Drive:

Badwater Basin – to tutaj znajduje się najniżej położony punkt w Ameryce Północnej – 86 metrów poniżej poziomu morza. To ogromny teren pokryty solą, powstały poprzez wysychanie słonego jeziora kilka tysięcy lat temu.

Jeszcze kilka widoczków po drodze:

I ostatnie miejsce, jakie zwiedzaliśmy – Twenty Mule Team Canyon. Niestety tu również nie dotarliśmy do końca kanionu, ponieważ droga nie była zbyt dobra i baliśmy się o nasze NIE terenowe auto ;)

To także kolejne miejsce grające planetę Tatooine w Gwiezdnych Wojnach.

Na koniec jeszcze kilka uwag praktycznych. Ściągnijcie mapy, aby korzystać z nich bez internetu, bo w Dolinie nie ma zasięgu sieci komórkowych – już za miejscowością Pahrump zniknął nam zasięg i nie mieliśmy go przez cały dzień, aż do powrotu w pobliże tego miasta. Jeździliśmy z papierową mapą na kolanach, po znakach i na pamięć. Zabierzcie ze sobą coś do jedzenia i dużo wody, bo nie ma tu miejsc, gdzie można się w te rzeczy zaopatrzyć. Zatankujcie samochód, bo paliwo w Dolinie (stacja jest przy visitor center) jest bardzo, bardzo droga. I wyruszcie na zwiedzanie tego niezwykłego miejsca jak najwcześniej rano, żeby zdążyć przed morderczym upałem.

Dolina Śmierci w moich wyobrażeniach to pustynia ze skałami, a okazała się ona miejscem pięknym, z urozmaiconymi formacjami skalnymi, z niezwykłymi pejzażami i do tego bardzo kolorowym! Paleta barw była niesamowita – i wzmocniona dodatkowo przez padający deszcz. Nie dziwię się też wcale, że kręcono tu tyle filmów SF, bo to miejsce naprawdę wygląda jak nie z naszej planety. Magiczne, monumentalne, groźne i zmuszające do pokory przed potęgą natury. Cieszę się, że w końcu udało nam się tam dotrzeć.

Przypominam o naszym profilu na Facebooku i Instagramie – jest tam jeszcze więcej nas i naszych podróży.

Poleć:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.