Pierwszym naszym zetknięciem się ze słynnymi liniami na płaskowyżu Nazca był przystanek przy wieży widokowej tuż przy przecinającej pustynię Panamericanie, gdzie zobaczyliśmy pierwsze figury – Ręce i Drzewo. Ale zaraz potem udaliśmy się na miejscowe lotnisko, skąd startowały awionetki i wskoczyliśmy do jednej z nich. Lot nad płaskowyżem, to jedyny sposób, aby osławione linie zobaczyć. Układają się one w gigantyczne rysunki zwierząt lub tworzą plątaninę prostych  i figur. Powstały poprzez usunięcie wierzchniej warstwy piasku. Nikt tak naprawdę nie wie kiedy i w jakim celu zostały stworzone. Maria Reiche, która poświęciła całe życie badaniu nazkańskich rysunków datuje je 900-600r. n.e.
Figury z Nazca mają swoje odpowiedniki w „naszym” horoskopie. To raczej wabik na turystów niż faktyczne nawiązanie do układów gwiezdnych, ale na nas podziałało – jak zapewne większość turystów kupiliśmy pamiątki ze „swoim” znakiem.
Zaskoczyło mnie to, że linii trzeba było nieźle wypatrywać. Z tego czego się naczytałam i naoglądałam na zdjęciach wywnioskowałam – jakże błędnie – że są one gigantyczne, ale i znakomicie widoczne. Rowki, które tworzą figury, są płytkie, a kolor odkrytej niżej warstwy ziemi jest mało kontrastowy, co sprawia, że nie wszystkie wyraźnie widać. Ponadto zadziwia fakt, że przez te wszystkie lata nie zostały przysypane piaskiem. W pobliżu niektórych rysunków widać było ślady opon samochodowych, przez jaszczurkę poprowadzono Panamericanę – czas je oszczędził, ale my je pogrzebiemy…
Sam przelot nad niesamowicie wielkim płaskowyżem, możliwość oglądania miejsc, o których się człowiek naczytał przez lata, bezpośrednie spotkanie z jedną z najsłynniejszych zagadek archeologicznych świata, było niezapomnianym przeżyciem…

W Nazca nocowaliśmy w przepięknej zabytkowej hacjendzie, przerobionej na Hotel Majoro. Fajne miejsce. To tu, w zadbanym hotelowym ogrodzie, po raz pierwszy w życiu spotkaliśmy kolibry.

I w drogę, w kierunku Arequipy. Po drodze jeszcze przystanek nad oceanem. Piękne widoki. Północny kraniec pustyni Atacama, góry w oddali, szeroka plaża i pustka po horyzont.

Zatrzymaliśmy się na obiad i krótką sjestę w Puerto Inka. To niewielki ośrodek turystyczny – hotel, kemping, restauracja i plaża – pięknie położony w skalistej zatoczce. Mieliśmy czas na plażowanie, na spacery, na wypicie zimnego piwa. Tuż obok wznoszą się ruiny prawdziwego portu inkaskiego. To stąd dostarczano świeże ryby Ince rezydującemu w odległym o 400km Cusco. Rano ryba była łowiona, a wieczorem pojawiała się na jego stole. Niesamowita sprawność logistyczna.

Widoczki z drogi:

Arequipa nazywana jest Białym Miastem. Dlaczego białym? Bo z białego tufu wulkanicznego – sillar. Miasto położone jest na wysokości 2380 m n.p.m., tuż u podnóża w wulkanu El Misti (5822 m n.p.m.), więc założyciele miasta na brak materiału nie mogli narzekać. Jest to drugie, co do wielkości miasto w Peru, z piękną kolonialną zabudową i licznymi zabytkami. W 2000r. Stare Miasto zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Najważniejszym zabytkiem Arequipy jest klasztor Santa Catalina (św. Katarzyny) założony w 1580r. Uchodzi za najpiękniejszy przykład kolonialnej architektury sakralnej w Peru. Kiedyś zamieszkiwało go kilkaset zakonnic, teraz jest ich zaledwie garstka. Faktycznie to piękne miejsce. Czerwono-biało-niebieskie. Z pięknymi dziedzińcami, kolorowymi zaułkami, kapliczkami, fontannami, wąskimi uliczkami. To prawdziwe miasto w mieście. Wyjątkowe.

Historycznym centrum Arequipy jest Plaza de Armas z wielką katedrą, wzniesioną w XVIIw., wielokrotnie niszczoną przez trzęsienia ziemi. Nie udało nam się wejść do środka. Zdarzało się to podczas podróżowania po kraju – kościoły w ciągu dnia były zamknięte na cztery spusty i często nie mogliśmy ich zwiedzać. Wokół placu wznoszą się wielkie podcieniowe „kamienice”, z licznymi sklepikami i restauracjami. Przespacerowaliśmy się po okolicy – naprawdę malownicze miasto – ukryte dziedzińce, wąskie uliczki, piękne fasady budynków i kościołów, liczne galerie. I jeszcze jedno – W Arequipie urodził się Mario Vargas Llosa – jeden z moich ulubionych południowoamerykańskich pisarzy.

Zanim na dobre wyruszyliśmy z Arequipy do kanionu Colca, zatrzymaliśmy się w niewielkim sklepiku, aby zrobić ważne zakupy – musieliśmy nabyć liście koki. Od tego dnia miał się zacząć nasz pobyt „na wysokościach”. Kupiliśmy świeże liście, kupiliśmy ciasteczka, cukierki, herbatę – wszystko z koką, żeby przetrwać w zdrowiu. Miejscowy przewodnik pokazał nam jak zwijać zgrabne „gołąbki” z liści, zawijając w nie kawałeczek wapna – wydobywa ono z liści substancje czynne. I zaczęliśmy żucie. Nie jest to smaczne. Można się z tym smakiem oswoić, ale z wielką radością powitałam chwilę, kiedy po kilku dniach mój organizm się przystosował do mniejszych racji tlenu i nie musiałam już tego używać. Wbrew powszechnym opiniom, liście koki nie powodują żadnego odurzenia. Jedynym „namacalnym” objawem było lekkie drętwienie języka i policzka, które szybko mijało. A skuteczność lecznicza liści była wg nas duża – po ich zażyciu błyskawicznie mijały bóle głowy, mdłości i osłabienie.  
Większość światowej uprawy koki znajduje się w Peru. Początkowo roślina ta była przeznaczona tylko dla inkaskich patrycjuszy i kapłanów, ale po przybyciu Hiszpanów stała się ogólnodostępna i zwyczaj żucia jej liści przetrwał do dziś. Jako paramedykament. Osłabia on poczucie głodu, pobudza, stabilizuje ciśnienie, zmniejsza zmęczenie. Ciekawostka: z około 200 kg suchych liści koki uzyskuje się 1 kg czystej kokainy (choć różne źródła podają różne dane, najczęściej mówi się o ok. 1% zawartości kokainy w świeżych liściach koki).

A o tym kiedy byliśmy w Peru napisałam TUTAJ.

Przypominam o naszym profilu na Facebooku i Instagramie – jest tam jeszcze więcej nas i naszych podróży.

Poleć:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *