Podczas naszego przedłużonego weekendu na Islandii, mieszkaliśmy w okolicy lotniska w Keflaviku w hotelu The Base by Keflavik Airport. Hotel był skromny, ale czysty. Istniała możliwość wykupienia śniadań, był też dostęp do kuchni, dla dzieci – game room, a przy recepcji działał bar, w którym można było napić się kawy czy miejscowego piwa :) 

Jednym z minusów zimowego pobytu na Islandii jest bardzo krótki dzień. Słońce zaczynało wstawać około 10:00, w miarę widno robiło się około 11:00, a zachód zaczynał się około 15:00. Bardzo mało czasu na zwiedzanie ;)

Wstaliśmy o świcie ;) zjedliśmy śniadanie, odebraliśmy samochód w wypożyczalni na lotnisku i wyruszyliśmy na rekonesans.

Wypożyczalni przy lotnisku w Keflaviku jest mnóstwo. My skorzystaliśmy z wypożyczalni Geysir. Wybraliśmy samochód 4×4 – Suzuki Vitara. Bardzo nam się sprawdził na zimowych islandzkich drogach. Polecamy wam poza tym wykupić pełny pakiet ubezpieczenia, szczególnie zimą. Na drogach leży mnóstwo drobnych kamieni, które „strzelają” wysoko spod kół i mogą stłuc szybę – to w ubezpieczeniu musicie mieć na pewno. Pamiętajcie, że na Islandii nie można poruszać się off road i ubezpieczenie tego nie obejmuje i naprawdę pilnujcie tego – Islandia w większości składa się z lawy i wielkich kamlotów, więc wycieczki poza drogę są obarczone ogromnym ryzykiem poważnego uszkodzenia samochodu. No i bardzo uważajcie przy otwieraniu drzwi w samochodzie – wiatr jest tam tak silny, że bardzo często wyrywa drzwi z zawiasów – a tego nie obejmuje żadne ubezpieczenie. Gdy mówili nam o tym panowie w wypożyczalni, słuchaliśmy z niedowierzaniem. Ale już pierwszego dnia, pierwszej godziny poczuliśmy jaką siłę ma tamtejszy wiatr. To nie żarty!

Naszym pierwszym przystankiem był most pomiędzy dwiema płytami kontynentalnymi – Bru Milli Heimsalfa. Potwornie wiało i lało, więc szybko zobaczyliśmy, jak wygląda ta rozpadlina pomiędzy Europą a Ameryką i uciekliśmy do auta.

Przez Islandię przebiega granica pomiędzy dwoma płytami kontynentalnymi – euroazjatycką i północnoamerykańską. Szczelina pomiędzy płytami powoli rozszerza się – 2,5 cm na rok. W związku z tym aktywność sejsmiczna na wyspie jest tak wielka – średnio odnotowuje się tu około 500 trzęsień ziemi na tydzień! Poza tym znajduje się tu około 130 (czynnych i wygasłych) wulkanów.

Kolejnym miejscem, do którego się udaliśmy było pole geotermalne Gunnhuver. Wszystko tu kipiało, syczało, a kłęby gorącej pary pchane silnym wiatrem unosiły się nad nami, otulały nas i nie pozwalały swobodnie oddychać wpychając nam w nosy cuchnące powietrze. Takie trochę piekiełko ;)

Niestety pogoda dawała nam tak popalić, że znowu uciekaliśmy do samochodu. Potwornie wiało i lało, byliśmy już całkiem przemoczeni. Toteż postanowiliśmy podjechać tylko do pobliskiej latarni morskiej i wracać do hotelu, aby się wysuszyć.

Po wysuszeniu ubrań, jadąc w stronę Reykjaviku, wstąpiliśmy do sklepu – a tam mnóstwo suszonych ryb, hakarl (sfermentowane mięso z rekina), przysmaki z lukrecji i ogromny wybór smaków skyra (islandzki jogurt). Z tego wszystkiego nabyliśmy skyr ;)

W związku z tym, że nadal padało, postanowiliśmy zwiedzanie stolicy wyspy zacząć od nietypowego muzeum Perlan – Wonders od Iceland. Prezentuje ono cuda natury, które zobaczyć można na Islandii. Jest tu planetarium, replika nadmorskiego klifu z jego mieszkańcami, jest lodowa jaskinia, mnóstwo stanowisk interaktywnych, a poza tym taras widokowy i restauracja. Fajne miejsce na rodzinne popołudnie.

Lodowa jaskinia to chyba największa atrakcja muzeum – wchodzi się do sporego pomieszczenia, z tunelami i grotami wykutymi w lodzie. Gdy nie ma możliwości zobaczenia lodowych grot na żywo, można pocieszyć się taka namiastką ;)

Muzeum było naprawdę bardzo fajne – takie jakie lubimy, dużo się w nim działo, bardzo interaktywne, ciekawe i nowoczesne.

Gdy wyszliśmy z Perlanu, okazało się, że w końcu przestało padać, więc pognaliśmy co centrum miasta, aby pospacerować po centrum :)

Przeszliśmy się nabrzeżem, z pięknym widokiem na Reykjavik:

Dotarliśmy do Harpa – to budynek filharmonii i opery islandzkiej. Projekt ten dostał prestiżową europejską nagrodę przyznawaną perłom architektury współczesnej. Ma on przedstawiać kryształ lodu pomiędzy bazaltowymi kolumnami. Faktycznie budynek robi wrażenie, mieniąc się przeróżnymi kolorami… Do środka można wejść bez problemu, co bardzo polecamy, bo efekt jest piorunujący. Niestety nie mamy ładnych zdjęć z zewnątrz, ponieważ tuż przy Harpie trwały jakieś prace budowlane i była zasłonięta dźwigami :(

Reykjavik nie jest wielkim miastem (ok. 125 tys. mieszkańców) i to się czuje. Ma przyjemną małomiasteczkową atmosferę. Pochodziliśmy po centrum, kupiliśmy pamiątki, zjedliśmy i posiedzieliśmy w knajpce i czas było wracać do Keflaviku.

Nasza krótka wizyta w stolicy wyspy była bardzo przyjemna. Co prawda Reykjavik nie należy do szczególnie pięknych miast, ale ma fajną atmosferę i warto poświęcić mu przynajmniej parę godzin ;)

Przypominam o naszym profilu na Facebooku i Instagramie – jest tam jeszcze więcej nas i naszych podróży.

Poleć:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *