Jeden dzień spędziliśmy poza Kapsztadem i zwiedzaliśmy okolicę miasta. Kapsztad naszymi oczami możecie zobaczyć TUTAJ.

Naszym pierwszym przystankiem był port w Hout Bay, skąd wyruszyliśmy w niedługi (około godziny) rejs do wyspy Duiker. Z portu parę razy dziennie wypływają łodzie z turystami chcącymi podglądać afrykańską przyrodę. I już na nabrzeżu witały nas wszędobylskie kotiki karłowate (gatunek uchatki).

Wyspa Duiker to właściwie mała skała leżąca niedaleko wybrzeża w Hout Bay, ale warta uwagi, ponieważ mieści się na niej kolonia uchatek. Jest ona także siedliskiem morskiego ptactwa. Na wyspę nie ma wstępu człowiek, a zwierzęta w ich naturalnym środowisku ogląda się z pokładu łodzi. Uchatki wylegują się na skałach, albo energicznie skaczą między falami. Na wyspie przebywa od 5000 do 7000 osobników, tak że kolonia jest spora.

Kolejnym miejscem, jakie odwiedziliśmy była słynna plaża Muizenberg. Znana jest ona z kolorowych domków kąpielowych oraz uznawana jest za mekkę surfingu. Ceniona za łagodne fale, idealne dla początkujących surferów. Ogromnym atutem jest działający tamże system Shark Spotters – system obserwacji okolicy plaży i ostrzegania przed rekinami – żarłaczami białymi. Byliśmy świadkami jak to działa – na wzgórzach otaczających plażę są obserwatorzy, którzy za pomocą lornetek obserwują wodę i w razie zauważenia rekina nadają sygnał dźwiękowy.

I to na co najbardziej tego dnia czekaliśmy – plaża Boulders z kolonią pingwinów przylądkowych. Pingwiny ogląda się z drewnianych kładek, których opuszczanie jest kategorycznie zabronione. W kolonii żyje około 2000 osobników. Pingwiny przylądkowe to jedyne pingwiny żyjące na kontynencie afrykańskim i krytycznie zagrożone wyginięciem.

W drodze na Przylądek Dobrej Nadziei wypatrzyliśmy strusia afrykańskiego:

Przylądek Dobrej Nadziei powitał nas silnym wiatrem i tęczą… Odkryty został w 1488 roku przez Bartolomeu Diasa i nazwany przez niego Przylądkiem Burz – ze względu na ekstremalne warunki pogodowe przy nim panujące. Król Portugalii Jan II niedługo później zmienił mu nazwę na Przylądek Dobrej Nadziei, ponieważ upatrywał w nim szansy na wytyczenie morskiej drogi do Indii. To tutaj miał się pojawiać słynny Latający Holender – statek widmo, który zatonął przy Przylądku i pływa po oceanach po wieczność, nie mogąc zawinąć do żadnego portu. Zdradliwe wody wokół Przylądka przez setki lat pochłonęły przeszło 350 okrętów i zapewne stąd wzięła się owa legenda.

Z Przylądka Dobrej Nadziei poprowadzono pieszy szlak do Cape Point – to przeszło 200-metrowy klif wznoszący się nad oceanem. Trasa ma około 2 km długości, a widoki jakie oferuje są spektakularne. My trafiliśmy na bardzo silny wiatr i przez to spacer był średnio przyjemny.

Na Cape Point znajduje się latarnia morska z 1860 roku, ale jest także nowa, współczesna latarnia. Ponadto odpocząć tu można w kawiarni i kupić pamiątki w sklepiku.

Cały dzień był bardzo udany. Pogoda (poza ostatnim miejscem) dopisała, widoki były spektakularne, miejscowa fauna także chętnie nam się pokazywała. Kapsztad jest niezwykłym miastem, ale to jego okolice potrafią naprawdę oczarować. W ciągu tego jednego dnia mogliśmy popłynąć do kolonii uchatek, przywitać się z pingwinami, pospacerować po pięknych plażach, odbyć mały trekking po Przylądku Dobrej Nadziei, wypatrywać Latającego Holendra, a na koniec poczuć wietrzną i surową moc oceanu i zrozumieć, dlaczego nazwano go kiedyś Przylądkiem Burz.

Przypominam o naszym profilu na Facebooku i Instagramie – jest tam jeszcze więcej nas i naszych podróży.

Poleć:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *