Jeszcze będąc w Polsce zarezerwowaliśmy sobie w jednej z lotniskowych wypożyczalni samochód (via rentalcars.com). Toteż rano udaliśmy się odebrać nasz pojazd w firmie Alamo.

Wypożyczalnie przy lotnisku w LA to gigantyczne firmy – mają swoje shuttle busy kursujące pomiędzy terminalami i wypożyczalnią, co powoduje, że odebranie i zdanie auta jest bardzo proste.

Po podpisaniu wszystkich dokumentów odebraliśmy nasz samochód – zawsze wybieramy sedany, aby nie było widać w bagażniku naszych walizek i żeby nie kusiły złodziei ;)

Pierwszy nasz przystanek na obrzeżach Los Angeles, to znana nam z poprzedniej wyprawy sieciówka ze smacznymi śniadaniami – Denny’s. Byliśmy bez śniadania, więc z naprawdę wielką niecierpliwością oczekiwaliśmy na nasze zamówienie :)

Jak w filmach – kelnerki noszą dzbanki z kawą, wszyscy wsuwają tosty i jajka na 10 sposobów, amerykańska klasyka:

Pankejki są pyszne, jajka smaczne, kawa nie do picia, a hash browns (tarte i pieczone ziemniaki) nie przechodzą mi przez gardło tak rano – ale Adam je lubi ;)

O jedzeniu podczas naszej wschodniej wyprawy pisałam tutaj. Niewiele się zmieniło i tym razem, niestety…

Amerykańska myśl budowlana – budynki z płyty wiórowej ;) – gdzieś po drodze

Zmierzaliśmy w kierunku Las Vegas, ale zjechaliśmy z autostrady do Calico Ghost Town. Calico to opuszczone miasteczko na pustyni Mojave. Założone zostało w 1881 roku, działała w nim kopalnia srebra, jednak w 1907 roku opustoszało. Obecnie jest ładnie odrestaurowane i zamienione w komercyjny skansen – są tu liczne sklepiki, restauracje, bary. Można przejechać się zabytkową (albo stylizowaną) ciuchcią, można zwiedzić kopalnię, można obejrzeć miasteczko z przewodnikiem. Pomimo tego, że widać, iż obecnych opiekunów Calico interesuje w największej mierze zysk, to zachowane oryginalne budynki i zadbany teren rekompensują możliwe tym rozczarowanie.

Niestety my trafiliśmy na środek dnia i było piekielnie gorąco – nie mieliśmy siły zwiedzać kopalni, spacerowaliśmy tylko od cienia do cienia, od klimy do klimy. Było ponad 40 stopni i położenie miasteczka na pustyni i na nieosłoniętym niczym zboczu góry mocno dawało się we znaki…

Najładniejszy budynek w Calico – to szkoła, przeniesiona tutaj z jakiegoś innego miejsca, ale oryginalna. Jak z Ani z Zielonego Wzgórza, tylko na pustyni, prawda? ;)

Calico położone jest niedaleko słynnej Route 66, co dawało się zauważyć w asortymencie:

W miejscowym barze zostawiano podpisane banknoty na pamiątkę – również i my zostawiliśmy polską dyszkę – jak ją gdzieś wypatrzycie, to wiedzcie, że to nasza ;)

Sklep dla zwierząt – szampan dla kotów, piwo dla psów:

Dom zbudowany z butelek:

Calico to fajne miejsce, żeby poczuć klimat Dzikiego Zachodu. Nie jest do końca autentyczne, co widać, ale wstęp do niego nie jest drogi (7,50$ dorosły, 5$ dziecko), a atmosferę ma miłą i jest ładnie położone na pustyni, co również stanowi atrakcję.

Do Las Vegas dojechaliśmy wczesnym popołudniem, więc postanowiliśmy podjechać jeszcze do Zapory Hoovera, położonej niedaleko miasta, na granicy stanu Nevada i Arizony. Wiedzieliśmy, że kolejnego dnia będziemy się rano spieszyć, więc nie zdążymy jej zobaczyć w innym czasie.

Budowę Zapory Hoovera na rzece Kolorado zakończono w 1936 roku – była to wówczas największa elektrownia wodna na świecie oraz największa na świecie konstrukcja betonowa.  Ma wysokość 224 m, a długość 379 m.

Od zaledwie paru lat można oglądać zaporę z nowo powstałego mostu – nazywanego Hoover Dam Bypass – Objazd Zapory Hoovera. I stamtąd zaczęliśmy naszą przygodę z tą słynną budowlą.

Kierując się na most znajdziecie darmowy parking, z którego trzeba kawałek przejść wytyczoną ścieżką na sam most.

Most wznosi się na 270 m nad poziom rzeki Kolorado i ma długość 460 metrów. Rozpościera się z niego niesamowity widok na zaporę…

Przygotujcie się na upał i silny wiatr – nie zabierajcie nakryć głowy, albo trzymajcie je naprawdę mocno ;)

Zjechaliśmy w dół, do Zapory Hoovera. Samochód zostawiliśmy na darmowym parkingu, po drugiej stronie zapory. Stamtąd mieliśmy niewielki kawałek do przejścia, aby wrócić na tamę. Niestety nie zdążyliśmy zwiedzić jej od środka, spóźniliśmy się na ostatni tour o zaledwie parę minut – tutaj INFO o jej zwiedzaniu.

Przeszliśmy się szczytem, porobiliśmy zdjęcia, pobawiliśmy się grawitacją (o tym niżej) i udaliśmy się wreszcie do Vegas ;)

Poza imponująco gigantyczną konstrukcją, tama ma wiele ładnych elementów w stylu art deco – tutaj piękne drzwi do jednego z pomieszczeń na szczycie tamy:

Zaobserwowaliśmy, że turyści nabierają wody z poidełek i wylewają ją poza betonową barierę – a ona zamiast spadać w dół, siłą wiatru była unoszona do góry – czary ;)

Takie czary na Zaporze Hoovera! 🌪💨😳

Opublikowany przez Tędy i owędy Poniedziałek, 11 września 2017

Zapora Hoovera robi wielkie wrażenie. Koniecznie pamiętajcie o niej, gdy będziecie w okolicy Las Vegas. Pomimo tego, że obecnie nie jest największą tamą (znajduje się w pierwszej 40tce największych tam świata), to jest pierwszą tego typu. Na dodatek zobaczyć można ją teraz z góry, z mostu, co świetnie obrazuje jej wielkość.

No a wieczór spędziliśmy w Las Vegas… Ale o tym następnym razem.

Wasza Patrycja

Przypominam o naszym profilu na Facebooku i Instagramie – jest tam jeszcze więcej nas i naszych podróży ;)

Poleć:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

W okolicy jest wiele takich opuszczonych lub starych, „kowbojskich” miasteczek – jasne, wciąż zrobione pod turystów – ale warto wiedzieć, że część z nich można odwiedzić za darmo :)
My wybraliśmy się do Oatman (małego miasteczka, którym przebiega historyczny odcinek drogi 66 i po którym jak gdyby nigdy nic spacerują sobie osiołki) i Williams. Oba fajne i mają swój urok :)

admin admin pisze:

Owszem, jest ich sporo, ale nam się trafiło Calico po drodze i tam zajrzeliśmy :)

Avatar Aga pisze:

Witam.
Bardzo przydatny blog, zwłaszcza, że planuję 16-dniową (z przelotami) wyprawę po Zachodzie USA (maj 2018). Również lądujemy w Los Angeles. Mamy zamiar kilka dni zostać w mieście, zatrzymać się u Amerykanów (airbnb), zobaczyć universal studio, bros studio, hollywood, a następnie wypożyczyć campera i resztę trasy pokonać nim. Nasze must see to Las Vegas, Wielki Kanion (południe), San Francisco, Yosmite Park. Jeśli starczy czasu to dodamy Kanion Antylopy, może jakieś miasteczko na route 66, San Diego … Wszystko do ustalenia.
Chętnie dowiem się jak wy planowaliście noclegi. Czy spaliście tylko w hotelach 3-gwiazdkowych czy również na campingach? Czy trzeba je zarezerwować z wyprzedzeniem? Czy jest szansa dostać nocleg na miejscu? Pozdawiam.

admin admin pisze:

Cześć!
W związku z tym, że był to czas całkowitego zaćmienia słońca – wszystkie noclegi bukowaliśmy wcześniej. Ale myślę, że kiedy nie ma takiego wielkiego wydarzenia, to spokojnie da się znajdować noclegi bez wcześniejszej rezerwacji. Spaliśmy w sieciowych hotelach 3* i 4*, więc na temat kempingów nic ci nie powiem.