Jakie jest jedzenie w USA? Krążą już o tym legendy. Nasze pierwsze skojarzenie – niesmaczne. Prawda czy fałsz?

Niestety, smutna prawda. Generalnie. Ale są wyjątki.

Zwykle nie mieliśmy czasu na stołowanie się w restauracjach. Jadaliśmy na szybko, w biegu. A wieczorami padaliśmy ze zmęczenia, więc wyjścia na lepsze kolacje odbywały się tylko od czasu do czasu. A wtedy gdzie się udawaliśmy? Najczęściej na pizzę ;) Bo to była jedna z trzech potraw, które jadała tam Amelka. Pozostałe to frytki i nuggetsy. Nic jej nie odpowiadało, nic nie przypominało polskiego smaku i mieliśmy z nią duży problem. Po paru dniach pobytu, wstała rano i odmówiła zjedzenia śniadania – powiedziała, że zje tylko to co jest w Polsce. Więc na śniadanie udaliśmy się do McDonald’s ;) Po tej akcji pojechaliśmy do najbliższego Walmarta i zakupiliśmy słoik Nutelli oraz niemieckie herbatniki – więc następne śniadania były ogarnięte. A ja od tej pory wszędzie chodziłam ze słoikiem Nutelli w torebce. Taaaaaa.

Śniadanie początkowo jadaliśmy w hotelach – pisałam o nich TUTAJ. Biorąc pod uwagę, że nie były smaczne, to wyszukiwaliśmy sobie tzw. dinersy. Miejscowe bary podające szybkie jedzenie. Były też dinersowe sieciówki np. Denny’s – zerknijcie co można w nich zjeść – jajka wszelkiego rodzaju, tosty, kiełbaski, pancakesy, milkshakesy, gofry itd. Góra jedzenia, tłustego jedzenia, często nawet smacznego jedzenia ;) Za niewielkie pieniądze. Po zjedzeniu takiego śniadanka do wieczora mieliśmy siłę na zwiedzanie. Naszym hitem śniadaniowym były pancakesy, Amela wsuwała tosty – z Nutellą, a jakże ;) Ale kawa obrzydliwa :/

W ciągu dnia jadaliśmy na szybko. I tak – pizza nie była najlepsza – ale dawało się ją zjeść. Kanapki w Subwayu – lepsze niż u nas, większy wybór, ale nie jesteśmy fanami. W Miami smaczne były kubańskie sandwicze. Hot dogi i burgery – w Nowym Jorku były jadalne, dalej mniej ;) McDonald’s, Burger King, Pizza Hut, KFC – identycznie jak u nas. Taka sama „jakość”. Ale w porównaniu do jedzenia restauracyjnego jest mega tanio.

Obiady lub kolacje – jadaliśmy w restauracjach, o ile mieliśmy siłę do nich dotrzeć ;) Nie zawsze dobrze trafialiśmy:

Patrycja 435
Apetyczne skrzydełka z cebulką ;)

A czasem lepiej:

Cechą charakterystyczną popularnego amerykańskiego jedzenia jest jego tłustość, kaloryczność i wielka ilość. Nigdy nie byliśmy w stanie zjeść wszystkiego, co nam podawano.

To czego nam najbardziej brakowało – to masło. Amerykańskie masło w niczym nie przypomina europejskiego – ani w smaku, ani w konsystencji. Więc gdy musieliśmy robić sobie kanapki, nie byliśmy tym zachwyceni ;)

Słodycze. Nienajlepsze. Chociaż znaleźliśmy wyjątki.

Generalnie ja zajadałam się wszystkimi produktami z masłem orzechowym – a było ich mnóstwo. Nie wszystkie były super, ale parę z nich miło wspominam. Lody z masłem orzechowym również mi smakowały ;)

Adam z Amelką gustowali raczej w europejskich słodkościach, które czasem udawało nam się w marketach znaleźć ;)

Patrycja 393
Nasze odkrycie – smakowały jak nasze paluszki – Amela była zachwycona.

Napoje. Pyszne ice tea. Robione na miejscu, pyszne mrożone herbaty. Tym się opijaliśmy wszyscy troje. O kawie już pisałam – niepijalna. Poza Starbucksem i sieciówkami. Piwo – w rodzaju corony, delikatne i słabe. Wino – kalifornijskie. Lub włoskie ;) Mnóstwo słodkich napojów typu soda, większość w wielkich butlach. Nie dla nas.

Warzywa i owoce. Były w jakiejś nikłej ilości. Przynajmniej tam gdzie trafialiśmy. Nie znaleźliśmy żadnego targu, gdzie mogliśmy nabyć świeże sezonowe warzywa i owoce, więc skazani byliśmy na sklepy i markety. A tam – bez zachwytów.

W marketach setki produktów do mikrofali. Całe regały mrożonych gotowych dań. Byłam w głębokim szoku po pierwszej wizycie w Walmarcie. A w każdym pokoju hotelowym mieliśmy mikrofalówkę – wtedy zrozumiałam dlaczego… Porcja mac n’ cheese za 1 $. Nie dziwię się, że Amerykanie mało gotują sami – kupić gotowca jest taniej, szybciej i wygodniej. A to, że mniej zdrowo, że tyłek rośnie… I to właśnie widać na ulicach. Niestety.

Patrycja 548
Szczyt lenistwa – ugotowane i obrane jajka ;)

Podsumowując – mają rację ci, którzy narzekają na amerykańskie jedzenie. Aby zjeść coś dobrego, wartościowego i zdrowego – trzeba mieć sporo czasu i pieniędzy. A tych podczas paru tygodni spędzanych w podróży z reguły brakuje ;)

Poleć:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Agnieszka F. pisze:

Ojjj, gdybyśmy w USA mieli się stołować na szybko, wyglądałabym już niestety jak ogromny balon… A tak na parę tygodni…. mogłam sobie pozwolić na tę ilość, kaloryczność i tłustość ;D
I cóż…. nam najbardziej smakowały…..banalnie rzecz ujmując BURGERY :P Jakoś mięso wydało nam się lepsze. Również steki, niekiedy makarony….:)))
Nie smakowały nam też słodycze, czyli tu podzielam Wasze opinie ;)
Piwa bardzo delikatne, piliśmy dużo wody gazowanej z lodem, i zwiedzilismy mnóstwo winnic, w których piłam jedne z najlepszych win w życiu, nawet do tej pory mamy jakąś butelkę ;)
Z masłem faktycznie ciężko (na szczęscie u cioci i kuzynów było;), kawa średnia, ale podobało nam się, że we wszystkich knajpach, w jakich byliśmy na stole stoją keczupy, musztardy, majonezy (za free), a u nas za mini torebeczkę trzeba dopłacić, ech…;)
No to się rozpisałam, pozdrawiam! :)

admin admin pisze:

Wołowinę mają faktycznie dobrą.
Ta dostępność sosów wszelkiego rodzaju też nam się podobała. Przy zamawianiu steka pytają o wybór sosu – pytam jakie są – a babka mi wymienia chyba z 10 ;)
A nie zszokowała cię ilość gotowych dań w marketach? Bo mnie to powaliło ;)

Agnieszka F. pisze:

W marketach rzadko bywaliśmy, faktycznie jest tego duża ilość, zwłaszcza mrożonek.
Sporo jedzenia jednak jedliśmy w knajpach, lub po prostu robiliśmy wspólnie u kuzynostwa :) Bardziej polsko, świeżo i ze sporą ilością warzyw, u cioci prosto z ogródka ;)