Chiny odwiedziliśmy wiele lat temu. Zwiedziliśmy parę miejsc w północnej i środkowej części kraju oraz spędziliśmy kilka dni w Lhasie w Tybecie.

Lecąc tam miałam w głowie obraz Chin z filmów i powieści. Spodziewałam się pięknych czerwonych pagód, pół ryżowych, starszych ludzi w spiczastych kapeluszach, malowniczych łodzi na rzekach i kawiarni z zieloną herbatą podawaną w delikatnej porcelanie. Niestety nie wszystko wyglądało tak, jak to sobie wyobrażałam. Chiny to przede wszystkim gigantyczne zatłoczone nowoczesne miasta. Drapacze chmur, wielokondygnacyjne węzły drogowe, zanieczyszczenie powietrza, korki i miliony tłoczących się ludzi. Nie znalazłam tam atmosfery jakiej szukałam, ale zobaczyłam parę urzekających miejsc.

Pierwszym miejscem, w którym spędziliśmy kilka dni był Szanghaj. Miasto w sierpniu przywitało nas prawie 40-stopniowym upałem. Żar lał się z nieba, pociliśmy się jak w saunie. Nie było czym oddychać.

Tysiące wieżowców i drapaczy chmur. Morze, ocean, bezkres. Tętniący życiem przeogromny wielkomiejski twór z kilkunastoma milionami mieszkańców rojącymi się jak mrówki pomiędzy gigantycznymi gmachami. Pulsuje, żyje, oddycha. Tętnicą jest Huangpu – szeroka rzeka przecinająca miasto. Ciężko określić na czym polega czar Szanghaju, ale niewątpliwie jest to fascynujące miasto. Może to Bund – nadrzeczny deptak z monumentalnymi neoklasycystycznymi budynkami i przepiękny z niego widok na hipernowoczesną dzielnicę Pudong. Może to malownicze Stare Miasto ze ślicznymi ogrodami i kanałami. A może egzotyczna mieszanka nowoczesnej zabudowy, starych zniszczonych i biednych domków, zabytkowych chińskich pawilonów, kanałów i zieleni. Wszystko to razem od lat współistnieje i składa się na miłe dla przybywających wrażenie.

Jeden dzień spędziliśmy w pobliskim Zhujiajiao. To miasteczko na wodzie, z licznymi kanałami, mostami, ogrodami poukrywanymi za murami. Wąskie uliczki z knajpkami, zaułki, zieleń i cykające cykady. Miłe miejsce.

Potem Chengdu – słynące z Chińskiej Bazy Badawczo-Hodowlanej Pandy Wielkiej. Jest to placówka mogąca się pochwalić największymi sukcesami w hodowli pandy i jej rozmnażaniu w niewoli.
Oprócz pandy wielkiej (czarno-białej) hodowana jest tu także panda mała (borsukowata, mała, ruda). Prześliczne zwierzaki! Samo Chengdu nie zachwyciło nas – wielkie i zatłoczone miasto.

Niedaleko Chengdu znajduje się masyw górski Emei Shan. Jest to jedna z czterech świętych gór buddyzmu. Wnosi się na wysokość 3099 m npm. Na zboczach góry wybudowano około 70 klasztorów buddyjskich.

Na wierzchołku Emei Shan przy sprzyjających warunkach atmosferycznych można, na zalegających poniżej szczytu chmurach, zobaczyć własne odbicie w świetlistej aureoli, a nawet i dłoń Buddy. Przez wiele lat to zjawisko popychało wiernych do samobójstw – wierzyli oni, że szybciej połączą się w ten sposób z Buddą. Do teraz śmierć na szczycie Świętej Góry jest dla buddystów łaską. Przepiękna roślinność, duża wilgotność, dzięki której wszystko spowite było mleczną mgłą, szumiące strumyki, zapach trocików, szum modlitw, gwar rozmów, śmiech… A jednak to miejsce z setkami chińskich turystów/wiernych nie miało atmosfery sacrum. Chińczycy, w przeważającej części są ateistami, a ci którzy deklarują się być buddystami często nie znają wszystkich rytuałów, obrzędów i tradycji.

Leshan i największy kamienny posąg Buddy na świecie. Wykuty w skale ponad 70-metrowy gigant spoglądający groźnie spod przymkniętych powiek na kotłujący się u jego stóp tłum turystów… Podpłynęliśmy statkiem w jego pobliże i mogliśmy od strony rzeki podziwiać ogrom przedsięwzięcia, jakim było stworzenie olbrzymiej rzeźby. Budda stanął (zasiadł) w 9 w. n.e. u zbiegu trzech rzek, gdzie od wieków rybacy i żeglarze zmagać się musieli z mocnymi prądami i wodną kipielą. Jego ogrom robi wrażenie…

Xian znane jest głównie z Armii Terakotowej, jednak my zwiedziliśmy też miasto i zajrzeliśmy do Muzeum Historii Shaanxi.

Świat dowiedział się o Armii Terakotowej w 1974 roku, kiedy została ona odkryta przez rolnika kopiącego studnię. Prace wykopaliskowe trwają po dzień dzisiejszy i trwać będę pewnie jeszcze dziesiątki lat, ponieważ odkopano dopiero niewielką część tego, co na odkopanie czeka. Szacuje się, że armia liczy ok. 8000 żołnierzy, ustawionych w szyku bojowym, stojących na straży grobowca pierwszego cesarza Chin Czenga (ok. 200 r. p.n.e.). Specjaliści jednak sugerują, że liczba posągów może być kilkakrotnie wyższa, na co wskazują stosowane już wówczas reguły sztuki wojennej.

Posągi wypalane były z gliny – korpusy odlewane z formy, natomiast produkcja głów była zindywidualizowana. Każdy posąg ma inne rysy twarzy, różnią się też one zarostem, grymasem ust, fryzurą… Ponadto żołnierze byli malowani. Do tej pory odkopuje się kolorowe fragmenty, które jednak szybko tracą swą barwę ulegając utlenieniu. Kilka lat temu odkryto metodę nasączania ziemi specjalnym roztworem, który konserwuje farbę. Kolejne wydobywane posągi będą już być może barwne… Oprócz ludzkich postaci (1,6-1,7 m – wyższych niż średniego wzrostu Chińczycy) wypalano również i konie, które są mniejsze niż żywe zwierzęta. Bez uszczerbku zachowały się uprzęże oraz broń wojowników. Ciekawostką jest to, że ostrza były chromowane. A nasza cywilizacja pierwiastek chromu odkryła dopiero w XVIII wieku…  

Zdziwiło nas, że posągi nie są odkrywane w całości – jak to sobie do tej pory wyobrażaliśmy – ale w kompletnej rozsypce. Gromadzona przez wieki ziemia przygniotła swym ciężarem armię. Składanie ich, to misterna praca, układanie terakotowych puzzli… 

Rolnik, który dokonał odkrycia dostał od rządu dożywotnią posadę w Muzeum Armii Terakotowej. Początkowo pomagał przy wykopaliskach, teraz podpisuje albumy turystom zwiedzającym muzeum.

Pekin to kolejne miasto, w którym spędziliśmy kilka dni. Zobaczyliśmy słynne Zakazane Miasto – gigantyczny kompleks Pałacu Cesarskiego. Kolos! 32 hektary, wg legendy 9999 komnat. Otoczony murem, niedostępny przez ponad 500 lat dla śmiertelników, usytuowany w centrum miasta, wzdłuż osi północ-południe. Zbiór pałaców, bram, komnat, pawilonów, zaułków i tajemniczych przejść. Jest też niewielki ogród. Największe wrażenie robi widok na pomarańczowo-złote morze dachów kompleksu. Piękne, zdobione rzeźbami, pokryte złotem dachówki… Największy i najważniejszy z pałaców – Pałac Najwyższej Harmonii – był przez lata najwyższym budynkiem w Pekinie, ponieważ cesarskie prawo zabraniało wybudowania czegokolwiek wyższego.

Byliśmy także w kompleksie Świątyni Niebios, w Dolinie Grobowców Cesarzy z Dynastii Ming, w ogrodach Cesarskiego Pałacu Letniego. Mieliśmy sporo czasu, żeby powłóczyć się po mieście, zrobić zakupy, zjeść coś na mieście, zajrzeć do przedziwnych centrów handlowych….

Mur Chiński w Badaling. Tysiące ludzi, upał pod 40 stopni, mało czasu. To wszystko złożyło się na moje chłodne wrażenia z Wielkiego Muru Chińskiego. Jest to na pewno niesamowity obiekt, budowany przez setki lat, liczący około 6000 kilometrów; obiekt, który pochłonął tysiące ludzkich istnień i który jest największą w historii ludzkości budowlą. Przepięknie pnie się po szczytach gór, zawija, meandruje, jak gigantyczny wąż. Żałuję, że nie mieliśmy więcej czasu na spokojny spacer… bo wszystkie moje wrażenia stamtąd są jakieś blade…

Po tym co czytałam, widziałam w TV, w czasopismach – Chiny rysowały mi się jako kraj pełen ludzi na rowerach, w stożkowatych kapeluszach, mundurkach, wyciszonych uprawianym tai chi; mieszkających w miastach pełnych pagód, domków ze skośnymi dachami i ogrodów z bonsai… A zobaczyłam olbrzymie nowoczesne miasta, w którym drapacz chmur powstaje w sześć miesięcy, z nowiutkimi zabytkami (zabytki burzy się i następnie odbudowuje od zera na nowo), tętniące życiem, głośne, szybkie, przytłaczające rozmiarami i ruchem… Nie zrobiło to na mnie dobrego wrażenia. Jeśli tam kiedyś wrócę, to tylko z córka, na jej życzenie. Sama nie mam już ochoty na dalsze poznawanie Państwa Środka.

Przypominam o naszym profilu na Facebooku i Instagramie – jest tam jeszcze więcej nas i naszych podróży.

Poleć:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Avatar FUKO pisze:

Jak patrzy się na takie zdjęcia, to człowiek natychmiast chce się pakować i wyruszać w podróż :) Pozdrawiamy!