Park Narodowy Tsavo to pierwszy park narodowy w Kenii, ustanowiony w latach 40-tych XX wieku, który został podzielony administracyjnie na dwie części – Tsavo West i Tsavo East. Jest to największy park narodowy w Kenii, a także jeden z największych na świecie, o łącznej powierzchni przeszło 22 tys. km2. Park słynie z „czerwonych słoni” oraz niechlubnie – z lwów ludojadów, które pożerały pracowników budujących kolej pod koniec XIX wieku. Co ciekawe lwy te nie miały grzyw – do dziś jakaś część populacji dorosłych samców żyjących w parku Tsavo jej nie posiada. Historia o lwach-zabójcach została przybliżona w hollywoodzkim filmie „Duch i mrok” – a w obsadzie znalazł się między innymi Michael Douglas oraz Val Kilmer.

Przejazd z Mombasy do bramy parku zajął nam około 4-5 godzin. Po drodze podziwialiśmy pola sizalowe:

Spotkaliśmy pierwszego słonia, stał tuż przy drodze:

Oglądaliśmy mijane po drodze miasteczka i osady… Podziwiałam kolorowo ubrane kobiety noszące na głowie plastikowe baniaki z wodą, idące wzdłuż drogi, dzieciaki w mundurkach biegnące do szkoły, piękne baobaby, gdzieniegdzie w zaroślach dostrzegałam pasiasty grzbiet zebry. Ale byłam też zasmucona widokiem olbrzymiej biedy, którą z uśmiechem znoszą kenijczycy…

Droga, którą jechaliśmy to najważniejsza trasa prowadząca z portowej Mombasy do stolicy kraju – Nairobi. Przez wiele kilometrów nie miała w ogóle nawierzchni, asfalt to dziura na dziurze, telepało strasznie, a ruch był ogromny. Podróż nie należała do szybkich i przyjemnych.

W końcu dotarliśmy do Parku Tsavo West i rozpoczęliśmy nasze pierwsze safari w drodze do pierwszej lodgy – miejsca naszego noclegu.

Po parkach podróżowaliśmy takimi dżipami:

I co udało nam się zobaczyć zaraz po wjeździe na teren parku? Piękne dzioborożce:

…setki wikłaczy, które robią fajne kuliste gniazdka, a że żyją w licznych koloniach, to niektóre drzewa wyglądają, jak przystrojone trawiastymi bombkami :)

…wielkie i czerwone termitiery:

…cudowne widoki, tak różne od nam znanych:

…pierwsze pawiany:

Na zdjęciu kiepsko to widać, ale nad skałami latają setki wikłaczy:

Tsavo West

Pierwszy czerwony słoń z Tsavo – słonie tam są czerwone, bo obsypują się piaskiem – który jest tam – niespodzianka! – czerwony:

A tutaj nasza lodge’a:

Spędziliśmy w niej popołudnie i jedną noc. Budynek jest już nie najmłodszy, ale czysty, a pokoje wygodne, z pięknym widokiem na niewielką dolinę, po której spacerowały słonie i antylopy. Lodga stoi na skraju wielkiego urwiska – widok jaki się z niego rozpościera zapiera dech w piersiach…

Samo otoczenie lodgy było pełne niesamowitych zwierząt:

Błyszczak rudobrzuchy

O góralkach pisałam TUTAJ:

Tuż przy barze (i restauracji) znajdowała się sadzawka, do której co chwilę podchodziły zwierzęta, aby napić się wody i ochłodzić. Świetne miejsce do obserwacji!

Tsavo West

W restauracji, w której nic się nie działo w przerwie pomiędzy posiłkami – buszowały zwierzaki – wiewiórka szukała resztek na talerzach, a góralki objadały dekorację ;)

Był tam też punkt widokowy z lunetą do podglądania zwierząt na równinie:

I niewielki basen, w którym miło było się zanurzyć po całym dniu spędzonym w samochodzie bez klimatyzacji ;)

Późnym popołudniem wyruszyliśmy na drugie safari. O tym jak wygląda safari i jak się do niego przygotować pisałam TUTAJ.

Najmniejsza antylopa na świecie – dikdik

Kraska – w Polsce została ich zaledwie garstka…

Te ptaki (frankoliny żółtogardłe), na własny użytek, nazwaliśmy kurami. I jak się gdzieś pokazywały, wołaliśmy, że tam jest kura. Nasz miejscowy przewodnik pyta – co to jest „kura”, my mówimy, że „hen”. A on zaczyna się śmiać, że nazwa adekwatna, bo w suahili „kura” oznacza jedzenie :)

Tsavo West

Wikłacze zmienne

To antylopa impala (z tego co pamiętam, jakby co – niech ktoś skoryguje)

Nasze pierwsze bawoły:

I kolejne słonie, ukryte w gęstych zaroślach:

Tsavo West

Jednak jedna z największych atrakcji czekała na nas wieczorem , po powrocie do lodgy. W niewielkiej odległości od restauracji obsługa hotelowa zbudowała konstrukcję z konarów, na której codziennie wieczorem zawieszano kawał mięsa. I codziennie (prawie) pojawiał się tam lampart, zwabiony łatwym kąskiem. Dowiedzieliśmy się, że lamparty są dwa i że przychodzą o różnych porach – należy po prostu czekać i liczyć na szczęście. Toteż po zjedzonej kolacji, zasiedliśmy wygodnie w fotelach, razem z innymi gośćmi i czekaliśmy na tego pięknego kocura.

Pojawił się przed 21 i dał się oglądać przez ponad 20 minut! Wspaniałe zwierzę! Wspaniałe przeżycie!

Tsavo West

Objadł kość z mięsa i uciekł w ciemność…

Po takich przeżyciach udałyśmy się z Amelką do pokoju, a Adam został jeszcze dłużej, jako jeden z nielicznych i miał okazję zobaczyć słonia, który nocą podszedł do sadzawki. Wielki samiec bezszelestnie zbliżył się do wody i zobaczyć go można było dopiero, gdy znalazł się w kręgu światła. To czego nie wiedziałam przedtem to to, że słonie poruszają się bez najmniejszego dźwięku. Nie łamią gałązek, nie słychać ich kroków, nie wydają (chyba że „rozmawiają” między sobą) ani nie powodują żadnego dźwięku – dla mnie to jak magia, serio!

To był męczący dzień, ale pełen niezapomnianych wrażeń. Każde safari było inne, zmieniały się pejzaże, zmieniały się zwierzęta, zmieniała roślinność. I zmieniały się nasze odczucia, z każdym dniem mniej zachwycaliśmy się słoniami, antylopami, pawianami, bawołami, bo jest ich tak dużo, że naprawdę da się z tym „oswoić”. Dlatego tak bardzo pielęgnuję w sobie wspomnienie tego pierwszego dnia – tego zachwytu, tych emocji, pierwszego słonia, pierwszego góralka, pierwszego tukana…

Wasza Patrycja

Przypominam o naszym profilu na Facebooku i Instagramie – jest tam jeszcze więcej nas i naszych podróży ;)