Uluru (Ayers Rock) to niezwykła formacja skalna leżąca w sercu australijskiego outbacku. Znajduje się około 450 km od najbliższego miasta Alice Springs (około 6 godzin jazdy samochodem) i 20 km od malutkiej osady Yulara. Mieszkają w niej Aborygeni i obsługa miasteczka turystycznego Ayers Rock Resort, który jest jedynym miejscem oferującym noclegi w okolicy góry. W resorcie jest kemping i kilka hoteli, są restauracje, sklepy i agencje turystyczne oferujące lokalne wycieczki – słowem – wszystko to, czego potrzebować może turysta.

Do Uluru dolecieliśmy samolotem z Sydney. Na lotnisku wypożyczyliśmy samochód i pojechaliśmy do Ayers Rock Resort, do hotelu Sails in the Desert.

Pobyt w hotelu Sails in the Desert był bardzo przyjemny. Hotel miał dwie restauracje, piękny basen i zadbany ogród. Spacerkiem można było dojść do centrum osady, gdzie toczyło się życie handlowo-usługowe resortu.

Uluru to święte miejsce dla Aborygenów z plemienia Anangu. Ma ono ogromne znaczenie duchowe i kulturowe dla rdzennych mieszkańców tych ziem. Nie jest ono jednak traktowane jako jedno miejsce kultu, a zespół wielu (dziesiątek) mniejszych ważnych religijnie punktów np. jaskiń, szczelin, stawów. Wielu z nich nie można fotografować – co jest zawsze dobrze oznaczone. A z szacunku dla aborygeńskich wierzeń w 2019 roku całkowicie zakazano jakiejkolwiek wspinaczki na monolit.

Uluru to tradycyjna nazwa aborygeńska, natomiast nazwa Ayers Rock została nadana skale przez europejskich osadników na cześć premiera Południowej Australii Henry’ego Ayersa. Od lat 80-tych XX wieku oficjalną nazwą zostało ponownie Uluru.

Klasycznie Uluru ogląda się o wschodzie i zachodzie słońca – wtedy, gdy słońce maluje niesamowitymi kolorami skalne ściany. Niezwykłą barwę skała zawdzięcza tlenkowi żelaza oraz ukształtowaniu swej powierzchni. Zobaczcie sami, jak wyglądało nasze pierwsze, wieczorne spotkanie z Uluru:

Latem, które trwa tutaj od grudnia do lutego, temperatury sięgają 40 stopni w cieniu. Zatem trzeba dobrze się zorganizować, aby zobaczyć jak najwięcej, w jak najprzyjemniejszych warunkach. My spędziliśmy przy Uluru 3 pełne dni i noce. Wstawaliśmy przed wschodem słońca, zwiedzaliśmy do około 11:00, kiedy zaczynało się robić nieznośnie gorąco. Wracaliśmy do hotelu, czas spędzaliśmy w basenie, na relaksie, aż do godziny 17-18, kiedy zaczynało robić się odrobinę chłodniej. I znowu wyruszaliśmy na eksplorację okolicy, aż do zmierzchu.

Ponadto warto pomyśleć o odpowiednim ubiorze – przyda się tam przewiewne i lekkie ubranie, ale zakrywające ciało, bo słońce pali niemiłosiernie. Obowiązkowo trzeba używać kremów z wysoką ochroną. Obuwie wygodne, sportowe, zakrywające stopy, bo są tu kłujące trawy i piach – który brudzi na czerwono (i butów nie da się doprać ;)) Trzeba także zaopatrzyć się w porządne nakrycie głowy i siatkę na głowę przeciwko muchom, których jest tutaj zatrzęsienie.

A tutaj z kolei wschód słońca z innego punktu widokowego:

W związku z tym, że Uluru leży na terenie Parku Narodowego Uluru-Kata Tjuta, kategorycznie zakazane jest tu spacerowanie poza wyznaczonymi szlakami, zatrzymywanie się samochodem poza oznaczonymi parkingami oraz przebywanie w parku po zmroku (chyba, że jesteś na zorganizowanym przez lokalną agencję evencie) i w okresie letnim (na wielu szlakach) w czasie największego upału.

Wczesnym rankiem, tuż po wschodzie słońca wyruszyliśmy szlakiem Mala Walk na spacer u podnóża Skały. Co ciekawe, z daleka wygląda ona na gładki monolit, jednak, gdy dotrze się w jej pobliże, widać, że to tylko złudzenie. Mnóstwo tu szczelin, głazów, grot itd.

W skalnych nawisach i grotach zobaczyć można malowidła naskalne Aborygenów. Skalne ściany traktowane były przez starszyznę jak tablice – rysunki się zmieniały, były zamalowywane jedne drugimi i miały funkcję edukacyjną.

Zaskoczyło mnie również to, że przy Uluru są naturalne, całoroczne oczka wodne i ślady po wodospadach z pory deszczowej.

Zdjęcia nie są w stanie oddać niesamowitego dźwięku wiatru szumiącego w trawach, oszałamiających kolorów skał i nieba i tej tajemniczej atmosfery, która tam panuje. Czuje się, wszystkimi zmysłami, że to nie jest zwykłe miejsce…

Kolejne kadry pokazujące, że Uluru to nie gładka skała:

Kolejnym szlakiem, jaki pokonywaliśmy był Kuniya Walk, prowadzący do całorocznego zbiornika wodnego Muṯitjulu Waterhole.

Ten staw to kolejne święte miejsce Aborygenów. Otoczony jest przez skały o niezwykle intensywnych barwach:

W tym miejscu było całkiem zielono i spotkaliśmy sporo ptaków. Podobno występują tam także kangury wallaby, jednak żadnego nie dojrzeliśmy.

Uluru wznosi się na wysokość 348 metrów nad otaczający płaski teren (863 m n.p.m.), a jej obwód to około 9,4 km. Skała ta istnieje od około 550 milionów lat, a po raz pierwszy została opisana w 1872 roku przez Ernesta Gilesa, brytyjskiego odkrywcę. 

Według wierzeń ludu Anangu to miejsce było początkiem świata i czczone jest jako najważniejsze jego miejsce od tysięcy lat.

I kolejny zachód słońca:

Wyprawa pod Uluru to coś więcej niż oglądanie pocztówkowego miejsca, najbardziej rozpoznawalnego symbolu Australii. To przede wszystkim niezwykła przygoda i możliwość rzucenia wyzwania surowej i nieposkromionej pustyni. Australijski outback oszałamia swoim bezkresem, izolacją od cywilizacji i ekstremalnymi warunkami tam panującymi. Ponadto czuje się tutaj mistyczną atmosferę, a rozgrzane pustynne powietrze pulsuje prastarymi sekretami, które chroni od tysięcy lat lud Anangu. Uluru to prawdopodobnie najstarsze miejsce kultu w historii ludzkości (30 000 lat), a rdzenni mieszkańcy Australii uznawani są za najstarszą nieprzerwanie trwającą kulturę na Ziemi. I to się czuje. Stojąc w cieniu tej gigantycznej skały, człowiek przestaje być zwykłym turystą, a staje się świadkiem czegoś wiecznego i mistycznego.

Przypominam o naszym profilu na Facebooku i Instagramie – jest tam jeszcze więcej nas i naszych podróży.

Poleć:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *